wtędy

łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
idź za nim
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
albo postać na niebie
idiota wyje pomidory
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
albrecht dürer płynie na zelandię
bagnista ujada rzęsa
drzewo bez kapelusza
jabłonki wychodzą z nor
w nadzieję rozsypane
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
jedno jest pewne
ręka sunie po udzie
za pomocą gdyby
śnieg wymiotuje
cudownie wąski
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
w futrze
na skale posadzona
na pustą arenę w kordobie wpada byk
proszę zamknąć oczy gitarze
a pan daleko?
albo postać już niepotrzebna
jakie to piękne!
w bezzwiewnych intencjach
śniegiem przybita
w przybliżeniu nieistniejące
jamnik tenorem urzędu
albo postać odwrócona
prześcieradło się po nim lepi
i drobne konkrementy żółciowe
popękane ważki
albo postać nieważna
chuj odziedziczył naród
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
sprężyna
człowiek służy też do podlewania ziemi
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
w miniówie
płatki bez odpowiedzi
albo postać do góry nogami
samica pomidorowej
wywołując niepokój
krzyk zarasta bulwary
w części wetknięta
dążąc do doskonałości
olbrzyma
przemieszcza się kura olbrzyma
księżyc zgasło
twarzowa rozpacz
otruta
david attenborough poświadcza
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
w słodycz upadła
przegryziony
ukryty w przymrozku
obdarty
w klatce
pokrzywie dłoń wyrasta
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
ja do rzeźni jadę
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
wilgotna
klacz
albo postać porzucona
szczudeł tupot
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
drabina podmokły
zamazana
w nikąd dorosły
kosmos ma miejsce w lupie
w studni
kakao
w przebłysku samotności
człowiek nie do oderwania od smyczy
nasz adres:
samiec karuzeli
stąd że nie ma żadnego stąd
deszcz korbką malowany
szorstki
dźwig do suszenia sutann
o ośmiu wargach
kropla od mroku
w porządku własnym
w locie
mgłą
włóczka podwórek
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
płonie
gęsta
w krzywdzie zbyt kusej
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
pozłacane świnie
u dorosłych spotyka się ciała obce
długości około 15 metrów
oczodołami
gigantyczny
czyha
najeżony
siekierą
z ręką na sercu
karaluch ciepły jabłkowy
niechcąco
grad
piach rozkwita
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
na połamanym krześle
tramwajem zarosłe
modlitwą nażarte
patologiczna jama
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
cieniów poutrącanych – 4
karaluch
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
wiatr wspina się na lipę
w postaci rosy
piegiem pochwalony
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
wylękniona radość
powraca na ojczyzny łono
śpi jak na drożdżach
ciemniejący w światło
nurek składany nikomu
wiosłują
gryzie własny ogon
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
snu muszlo nasza
głaz bezgłowego pilota szkoli
torpedą
dziurawy fortepian widzi
rozbryzgując kałuże
niepodłączony
pełznie
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
mielony
żeglarze prasują morza
początek świata jest wszędzie
w obcisłej spódnicy
dłuto autobusu flanela
sową
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
piła olbrzyma weryfikuje
głębokości około 2 metrów
pięć milionów sześćset tysięcy lat temu
wwiercony
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
zręcznie tonie
rekin lat temu
mruga pogrzebacz
słowa wdychają się przez inne
huśtawka
5 piąstek raju
o niej chmarzy ziemia
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
twarzą ostemplowany
w trakcie przedrzeźniania mew
w niemowlę zapatrzona
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
w kolorze ukrytym
kobra nacina przyjęcie
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
ukłony
leżał owad w locie
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
albo postać rozlana
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
but cebulowy nerwicy
ociężałe maliny
dzwonnica bez kałuży
i bez kropki
każda rzecz jest żadna
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
cyrklem zainfekowana
albo postać nieprzewidziana
szpak w puszce wieczór nietknięty
przez cały listopad
biegnie
czas spierdala przez odludzie w tłumie
fiołkowy
w drodze do po nic
igła w oko puka
jakie pytanie taka krew
wielkości niezapisanej myśli
porcelanowa trwoga
o prawidłowej echostrukturze
w trakcie nienastępowania
chodziłam po tamtym świecie
rycerz na koninie
drapieżny zemdlał tygrys
w milczenie zawinięte
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
dlatego że nie ma żadnego dlatego
konduktor
żyrafy
i inne niepodobne
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
nawóz bez wzajemności
kropla przerywa węgorza
jeż czyha w zakonie
kwiaty plują
czarne plamki na liściach klonowych
jest taki pociąg dlaczego
szklany
pokryte meszkiem bękarta
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
srebrnokulawy
burzy się jagnię zapina szelki
dialekt dzierżawi rolnika
bez końca panna włosie
motyl w postaci cielska
fryzura bez kierowcy
bóg nie do oderwania od wszy
jakoś idzie dorsz w torbie
albo postać podarta
wandale podlewają kwiatki
krawiec w postaci ulewy
wielkości za późno
w lanckoronie
chichoczą konwalie
kula przeszyła mu czaszkę
wypełniony treścią ropną
snu muszlo nasza
wiatr wspina się na lipę
sprężyna
albo postać porzucona
dialekt dzierżawi rolnika
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
kwiaty plują
w nadzieję rozsypane
o ośmiu wargach
nasz adres:
david attenborough poświadcza
jest taki pociąg dlaczego
cieniów poutrącanych – 4
gigantyczny
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
modlitwą nażarte
szczudeł tupot
gryzie własny ogon
szorstki
jakie pytanie taka krew
wilgotna
w przybliżeniu nieistniejące
idź za nim
albo postać do góry nogami
ociężałe maliny
w obcisłej spódnicy
piegiem pochwalony
cyrklem zainfekowana
samica pomidorowej
przemieszcza się kura olbrzyma
wielkości niezapisanej myśli
przegryziony
śniegiem przybita
karaluch
bóg nie do oderwania od wszy
ja do rzeźni jadę
burzy się jagnię zapina szelki
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w postaci rosy
jamnik tenorem urzędu
pełznie
o niej chmarzy ziemia
dążąc do doskonałości
pokrzywie dłoń wyrasta
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
igła w oko puka
księżyc zgasło
rekin lat temu
dzwonnica bez kałuży
jakie to piękne!
w bezzwiewnych intencjach
i drobne konkrementy żółciowe
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
w futrze
motyl w postaci cielska
na pustą arenę w kordobie wpada byk
kobra nacina przyjęcie
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
patologiczna jama
albo postać odwrócona
kula przeszyła mu czaszkę
sową
bagnista ujada rzęsa
wielkości za późno
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
albo postać podarta
w trakcie przedrzeźniania mew
jedno jest pewne
dziurawy fortepian widzi
dlatego że nie ma żadnego dlatego
jeż czyha w zakonie
porcelanowa trwoga
za pomocą gdyby
fryzura bez kierowcy
ukłony
piach rozkwita
pięć milionów sześćset tysięcy lat temu
a pan daleko?
w lanckoronie
mielony
słowa wdychają się przez inne
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
oczodołami
5 piąstek raju
pozłacane świnie
drabina podmokły
w słodycz upadła
mgłą
w niemowlę zapatrzona
czarne plamki na liściach klonowych
wywołując niepokój
tramwajem zarosłe
albo postać rozlana
człowiek służy też do podlewania ziemi
pokryte meszkiem bękarta
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
krawiec w postaci ulewy
płonie
dłuto autobusu flanela
płatki bez odpowiedzi
z ręką na sercu
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
początek świata jest wszędzie
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
wylękniona radość
żeglarze prasują morza
twarzą ostemplowany
na skale posadzona
siekierą
nurek składany nikomu
mruga pogrzebacz
grad
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
kropla przerywa węgorza
drapieżny zemdlał tygrys
albo postać nieważna
albrecht dürer płynie na zelandię
chichoczą konwalie
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
śnieg wymiotuje
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
wypełniony treścią ropną
jakoś idzie dorsz w torbie
najeżony
wandale podlewają kwiatki
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
głębokości około 2 metrów
w nikąd dorosły
leżał owad w locie
w kolorze ukrytym
obdarty
torpedą
żyrafy
nawóz bez wzajemności
w klatce
w milczenie zawinięte
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
jabłonki wychodzą z nor
srebrnokulawy
bez końca panna włosie
i bez kropki
w studni
zręcznie tonie
deszcz korbką malowany
u dorosłych spotyka się ciała obce
cudownie wąski
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
albo postać już niepotrzebna
szpak w puszce wieczór nietknięty
w drodze do po nic
popękane ważki
chodziłam po tamtym świecie
rozbryzgując kałuże
włóczka podwórek
krzyk zarasta bulwary
prześcieradło się po nim lepi
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
o prawidłowej echostrukturze
albo postać na niebie
albo postać nieprzewidziana
kosmos ma miejsce w lupie
proszę zamknąć oczy gitarze
na połamanym krześle
gęsta
wiosłują
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
konduktor
karaluch ciepły jabłkowy
w części wetknięta
klacz
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
długości około 15 metrów
ciemniejący w światło
w trakcie nienastępowania
czas spierdala przez odludzie w tłumie
w przebłysku samotności
chuj odziedziczył naród
niechcąco
olbrzyma
szklany
rycerz na koninie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w krzywdzie zbyt kusej
i inne niepodobne
dźwig do suszenia sutann
powraca na ojczyzny łono
kropla od mroku
przez cały listopad
ręka sunie po udzie
piła olbrzyma weryfikuje
huśtawka
głaz bezgłowego pilota szkoli
czyha
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
biegnie
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
w miniówie
ukryty w przymrozku
śpi jak na drożdżach
człowiek nie do oderwania od smyczy
twarzowa rozpacz
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
drzewo bez kapelusza
zamazana
w locie
fiołkowy
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
idiota wyje pomidory
but cebulowy nerwicy
niepodłączony
każda rzecz jest żadna
stąd że nie ma żadnego stąd
kakao
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w porządku własnym
samiec karuzeli
otruta
wwiercony