wtędy

fryzura bez kierowcy
długości około 15 metrów
jakie to piękne!
david attenborough poświadcza
w obcisłej spódnicy
rozbryzgując kałuże
w przebłysku samotności
w futrze
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
popękane ważki
na połamanym krześle
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
w nikąd dorosły
drapieżny zemdlał tygrys
torpedą
rycerz na koninie
wywołując niepokój
niepodłączony
ciemniejący w światło
pokryte meszkiem bękarta
na pustą arenę w kordobie wpada byk
fiołkowy
albo postać nieważna
mruga pogrzebacz
i drobne konkrementy żółciowe
nawóz bez wzajemności
jakie pytanie taka krew
5 piąstek raju
karaluch
głaz bezgłowego pilota szkoli
włóczka podwórek
rekin lat temu
leżał owad w locie
pięć milionów sześćset tysięcy lat temu
konduktor
gigantyczny
albo postać porzucona
albo postać rozlana
śpi jak na drożdżach
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
czas spierdala przez odludzie w tłumie
dziurawy fortepian widzi
bóg nie do oderwania od wszy
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
dlatego że nie ma żadnego dlatego
albo postać nieprzewidziana
ja do rzeźni jadę
olbrzyma
wylękniona radość
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
otruta
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
kosmos ma miejsce w lupie
oczodołami
szczudeł tupot
szklany
w przybliżeniu nieistniejące
porcelanowa trwoga
srebrnokulawy
albrecht dürer płynie na zelandię
mielony
w postaci rosy
zamazana
a pan daleko?
w trakcie przedrzeźniania mew
najeżony
za pomocą gdyby
kobra nacina przyjęcie
cyrklem zainfekowana
jedno jest pewne
niechcąco
piła olbrzyma weryfikuje
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
kwiaty plują
samica pomidorowej
o ośmiu wargach
drabina podmokły
na skale posadzona
kropla od mroku
dialekt dzierżawi rolnika
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
stąd że nie ma żadnego stąd
wypełniony treścią ropną
w klatce
piegiem pochwalony
początek świata jest wszędzie
krawiec w postaci ulewy
burzy się jagnię zapina szelki
czyha
o niej chmarzy ziemia
słowa wdychają się przez inne
księżyc zgasło
głębokości około 2 metrów
o prawidłowej echostrukturze
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
drzewo bez kapelusza
gęsta
zręcznie tonie
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
idiota wyje pomidory
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w drodze do po nic
gryzie własny ogon
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
czarne plamki na liściach klonowych
albo postać do góry nogami
twarzowa rozpacz
ukryty w przymrozku
każda rzecz jest żadna
ręka sunie po udzie
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
pokrzywie dłoń wyrasta
w locie
człowiek służy też do podlewania ziemi
albo postać odwrócona
wandale podlewają kwiatki
w studni
but cebulowy nerwicy
proszę zamknąć oczy gitarze
w nadzieję rozsypane
wilgotna
w kolorze ukrytym
w milczenie zawinięte
w krzywdzie zbyt kusej
samiec karuzeli
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
snu muszlo nasza
z ręką na sercu
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
przegryziony
w bezzwiewnych intencjach
płonie
śniegiem przybita
jamnik tenorem urzędu
grad
¿
albo postać na niebie
prześcieradło się po nim lepi
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
idź za nim
i bez kropki
albo postać podarta
przez cały listopad
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
jakoś idzie dorsz w torbie
ςɔ
ukłony
modlitwą nażarte
kula przeszyła mu czaszkę
obdarty
chodziłam po tamtym świecie
jest taki pociąg dlaczego
pozłacane świnie
patologiczna jama
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
bagnista ujada rzęsa
deszcz korbką malowany
nurek składany nikomu
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
wielkości za późno
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
bez końca panna włosie
płatki bez odpowiedzi
tramwajem zarosłe
w słodycz upadła
sową
kropla przerywa węgorza
chuj odziedziczył naród
w części wetknięta
kakao
karaluch ciepły jabłkowy
dążąc do doskonałości
w porządku własnym
jeż czyha w zakonie
igła w oko puka
chichoczą konwalie
cudownie wąski
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
siekierą
szorstki
sprężyna
cieniów poutrącanych – 4
śnieg wymiotuje
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
w lanckoronie
pełznie
żyrafy
krzyk zarasta bulwary
nasz adres:
w miniówie
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
i inne niepodobne
żeglarze prasują morza
w niemowlę zapatrzona
u dorosłych spotyka się ciała obce
powraca na ojczyzny łono
wiosłują
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
wielkości niezapisanej myśli
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
dzwonnica bez kałuży
z ornatu fioletowego
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
motyl w postaci cielska
biegnie
albo postać już niepotrzebna
wiatr wspina się na lipę
ociężałe maliny
szpak w puszce wieczór nietknięty
wwiercony
mgłą
dźwig do suszenia sutann
jabłonki wychodzą z nor
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
człowiek nie do oderwania od smyczy
w trakcie nienastępowania
dłuto autobusu flanela
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
klacz
twarzą ostemplowany
przemieszcza się kura olbrzyma
piach rozkwita
huśtawka

jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
najeżony
obdarty
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
na połamanym krześle
dążąc do doskonałości
prześcieradło się po nim lepi
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
tramwajem zarosłe
rekin lat temu
w miniówie
jest taki pociąg dlaczego
i bez kropki
każda rzecz jest żadna
motyl w postaci cielska
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
mgłą
jest też kula kapusty żaden bóg nie ma dość sił by ją unieść
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
snu muszlo nasza
wielkości za późno
żeglarze prasują morza
w klatce
dziurawy fortepian widzi
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
ςɔ
ukryty w przymrozku
wiatr wspina się na lipę
patologiczna jama
ręka sunie po udzie
powraca na ojczyzny łono
żyrafy
albo postać odwrócona
piach rozkwita
niepodłączony
rozbryzgując kałuże
płonie
w przybliżeniu nieistniejące
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
wypełniony treścią ropną
o niej chmarzy ziemia
wiosłują
drapieżny zemdlał tygrys
sprężyna
o ośmiu wargach
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
słowa wdychają się przez inne
długości około 15 metrów
mielony
na pustą arenę w kordobie wpada byk
leżał owad w locie
fryzura bez kierowcy
łóżeczka z domu dziecka zdejmują majtki
jakoś idzie dorsz w torbie
wilgotna
głaz bezgłowego pilota szkoli
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
chuj odziedziczył naród
idź za nim
w krzywdzie zbyt kusej
grad
w bezzwiewnych intencjach
twarzowa rozpacz
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
czas spierdala przez odludzie w tłumie
jabłonki wychodzą z nor
piegiem pochwalony
czyha
chodziłam po tamtym świecie
nawóz bez wzajemności
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w trakcie nienastępowania
niechcąco
człowiek służy też do podlewania ziemi
cudownie wąski
5 piąstek raju
jamnik tenorem urzędu
fiołkowy
łóżeczka z domu dziecka spadają z drzew
śniegiem przybita
włóczka podwórek
zręcznie tonie
jeż czyha w zakonie
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
cyrklem zainfekowana
¿
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
w przebłysku samotności
proszę zamknąć oczy gitarze
w nadzieję rozsypane
oczodołami
w postaci rosy
w kolorze ukrytym
bóg nie do oderwania od wszy
szpak w puszce wieczór nietknięty
w części wetknięta
zamazana
bagnista ujada rzęsa
krzyk zarasta bulwary
idiota wyje pomidory
w futrze
albo postać podarta
szklany
kropla od mroku
dzwonnica bez kałuży
o prawidłowej echostrukturze
w trakcie przedrzeźniania mew
ciemniejący w światło
kropla przerywa węgorza
samiec karuzeli
wielkości niezapisanej myśli
ja do rzeźni jadę
wylękniona radość
w drodze do po nic
pięć milionów sześćset tysięcy lat temu
wywołując niepokój
konduktor
rycerz na koninie
przemieszcza się kura olbrzyma
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
drabina podmokły
w porządku własnym
pokryte meszkiem bękarta
kosmos ma miejsce w lupie
stąd że nie ma żadnego stąd
w nikąd dorosły
śnieg wymiotuje
ukłony
i inne niepodobne
a pan daleko?
w studni
w słodycz upadła
zatrzymuje się przed lustrem w korytarzu ale nie poznaje nikogo
łóżeczka z domu dziecka gryzą trawę
albo postać porzucona
kłaki na marynarce dowodzą istnienia innych nieujarzmionych światów
jakie to piękne!
deszcz korbką malowany
szorstki
igła w oko puka
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
olbrzyma
śpi jak na drożdżach
krawiec w postaci ulewy
gryzie własny ogon
modlitwą nażarte
kwiaty plują
otruta
mruga pogrzebacz
w milczenie zawinięte
burzy się jagnię zapina szelki
chichoczą konwalie
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
ociężałe maliny
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
kakao
gęsta
człowiek nie do oderwania od smyczy
huśtawka
albo postać na niebie
księżyc zgasło
w lanckoronie
albo postać nieważna
drzewo bez kapelusza
wwiercony
albo postać rozlana
początek świata jest wszędzie
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
twarzą ostemplowany
głębokości około 2 metrów
z ręką na sercu
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
cieniów poutrącanych – 4
jedno jest pewne
david attenborough poświadcza
kula przeszyła mu czaszkę
klacz
pełznie
sztuka polega na niezasłanianiu niewidzialnego
dlatego że nie ma żadnego dlatego
i drobne konkrementy żółciowe
krowa stół i oklaski to najfajniejsze zwierzęta
gigantyczny
srebrnokulawy
płatki bez odpowiedzi
jakie pytanie taka krew
łóżeczka z domu dziecka lepią bałwana
dłuto autobusu flanela
pokrzywie dłoń wyrasta
w obcisłej spódnicy
czarne plamki na liściach klonowych
za pomocą gdyby
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
na skale posadzona
piła olbrzyma weryfikuje
bez końca panna włosie
przegryziony
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
przez cały listopad
porcelanowa trwoga
albrecht dürer płynie na zelandię
istoty wyższe mogą być tak małe że nigdy ich nie zobaczymy
sową
karaluch
u dorosłych spotyka się ciała obce
torpedą
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
wandale podlewają kwiatki
kobra nacina przyjęcie
siekierą
pozłacane świnie
w locie
z ornatu fioletowego
karaluch ciepły jabłkowy
dialekt dzierżawi rolnika
albo postać już niepotrzebna
albo postać nieprzewidziana
szczudeł tupot
popękane ważki
nurek składany nikomu
w niemowlę zapatrzona
but cebulowy nerwicy
albo postać do góry nogami
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
biegnie
samica pomidorowej
nasz adres:
dźwig do suszenia sutann