wtędy

cyrklem zainfekowana
kula przeszyła mu czaszkę
igła w oko puka
albo postać podarta
o niej chmarzy ziemia
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
czyha
płatki bez odpowiedzi
obdarty
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
człowiek służy też do podlewania ziemi
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
ukłony
jakie to piękne!
w klatce
księżyc zgasło
najeżony
but cebulowy nerwicy
dialekt dzierżawi rolnika
płonie
modlitwą nażarte
wandale podlewają kwiatki
bóg nie do oderwania od wszy
w postaci rosy
jeż czyha w zakonie
pokryte meszkiem bękarta
wiatr wspina się na lipę
kobra nacina przyjęcie
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
kosmos ma miejsce w lupie
z ręką na sercu
na pustą arenę w kordobie wpada byk
konduktor
wylękniona radość
i inne niepodobne
za pomocą gdyby
wywołując niepokój
w nikąd dorosły
bagnista ujada rzęsa
drapieżny zemdlał tygrys
w części wetknięta
śnieg wymiotuje
gigantyczny
szorstki
fiołkowy
dążąc do doskonałości
nawóz bez wzajemności
chuj odziedziczył naród
chichoczą konwalie
ociężałe maliny
pełznie
srebrnokulawy
albo postać rozlana
albrecht dürer płynie na zelandię
śpi jak na drożdżach
wiosłują
oczodołami
porcelanowa trwoga
zamazana
pięć milionów sześćset tysięcy lat temu
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
jamnik tenorem urzędu
ukryty w przymrozku
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
siekierą
na skale posadzona
człowiek nie do oderwania od smyczy
jabłonki wychodzą z nor
albo postać porzucona
rekin lat temu
przegryziony
ręka sunie po udzie
tramwajem zarosłe
albo postać odwrócona
w bezzwiewnych intencjach
motyl w postaci cielska
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
samiec karuzeli
wilgotna
rozbryzgując kałuże
huśtawka
pokrzywie dłoń wyrasta
szpak w puszce wieczór nietknięty
chodziłam po tamtym świecie
karaluch ciepły jabłkowy
dźwig do suszenia sutann
idiota wyje pomidory
samica pomidorowej
5 piąstek raju
dłuto autobusu flanela
nasz adres:
sprężyna
mgłą
david attenborough poświadcza
pozłacane świnie
grad
a pan daleko?
jest taki pociąg dlaczego
na połamanym krześle
w lanckoronie
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
albo postać nieprzewidziana
rycerz na koninie
deszcz korbką malowany
piegiem pochwalony
w trakcie przedrzeźniania mew
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
kakao
cudownie wąski
karaluch
bez końca panna włosie
biegnie
burzy się jagnię zapina szelki
żyrafy
w porządku własnym
jakie pytanie taka krew
albo postać na niebie
w nadzieję rozsypane
w słodycz upadła
fryzura bez kierowcy
albo postać nieważna
w obcisłej spódnicy
torpedą
czas spierdala przez odludzie w tłumie
idź za nim
w milczenie zawinięte
gęsta
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
albo postać do góry nogami
w drodze do po nic
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
szklany
w trakcie nienastępowania
włóczka podwórek
snu muszlo nasza
twarzowa rozpacz
otruta
w studni
ja do rzeźni jadę
piła olbrzyma weryfikuje
olbrzyma
prześcieradło się po nim lepi
dziurawy fortepian widzi
leżał owad w locie
wwiercony
w locie
jedno jest pewne
nurek składany nikomu
zręcznie tonie
drabina podmokły
niechcąco
kropla przerywa węgorza
niepodłączony
dlatego że nie ma żadnego dlatego
gryzie własny ogon
kropla od mroku
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
piach rozkwita
w kolorze ukrytym
drzewo bez kapelusza
słowa wdychają się przez inne
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
w krzywdzie zbyt kusej
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
krzyk zarasta bulwary
jakoś idzie dorsz w torbie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
przemieszcza się kura olbrzyma
sową
krawiec w postaci ulewy
każda rzecz jest żadna
proszę zamknąć oczy gitarze
ciemniejący w światło
mielony
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
w przebłysku samotności
w futrze
i bez kropki
popękane ważki
mruga pogrzebacz
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
w przybliżeniu nieistniejące
kwiaty plują
szczudeł tupot
śniegiem przybita
twarzą ostemplowany
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
wielkości niezapisanej myśli
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
albo postać już niepotrzebna
o ośmiu wargach
stąd że nie ma żadnego stąd
wielkości za późno
w miniówie
klacz
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
głaz bezgłowego pilota szkoli
w niemowlę zapatrzona
dzwonnica bez kałuży

wandale podlewają kwiatki
krzyk zarasta bulwary
5 piąstek raju
albrecht dürer płynie na zelandię
jeż czyha w zakonie
w obcisłej spódnicy
i bez kropki
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
włóczka podwórek
i inne niepodobne
igła w oko puka
wywołując niepokój
kropla przerywa węgorza
żyrafy
z ręką na sercu
gęsta
albo postać na niebie
albo postać rozlana
w trakcie nienastępowania
drzewo bez kapelusza
siekierą
w krzywdzie zbyt kusej
cudownie wąski
bagnista ujada rzęsa
wielkości za późno
wylękniona radość
w przybliżeniu nieistniejące
szpak w puszce wieczór nietknięty
kobra nacina przyjęcie
w porządku własnym
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w drodze do po nic
dźwig do suszenia sutann
obdarty
sową
słowa wdychają się przez inne
albo postać już niepotrzebna
albo postać do góry nogami
idź za nim
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
idiota wyje pomidory
za pomocą gdyby
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
śnieg wymiotuje
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
kakao
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
prześcieradło się po nim lepi
bóg nie do oderwania od wszy
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
mielony
albo postać podarta
w miniówie
śniegiem przybita
przemieszcza się kura olbrzyma
w słodycz upadła
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
w locie
rozbryzgując kałuże
dialekt dzierżawi rolnika
srebrnokulawy
ukryty w przymrozku
kula przeszyła mu czaszkę
w futrze
piegiem pochwalony
porcelanowa trwoga
w nadzieję rozsypane
burzy się jagnię zapina szelki
kwiaty plują
mgłą
gryzie własny ogon
jabłonki wychodzą z nor
chuj odziedziczył naród
ukłony
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
fryzura bez kierowcy
stąd że nie ma żadnego stąd
pokrzywie dłoń wyrasta
księżyc zgasło
człowiek służy też do podlewania ziemi
każda rzecz jest żadna
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
dziurawy fortepian widzi
twarzowa rozpacz
biegnie
grad
dlatego że nie ma żadnego dlatego
rekin lat temu
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
w lanckoronie
wielkości niezapisanej myśli
huśtawka
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
krawiec w postaci ulewy
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
deszcz korbką malowany
w postaci rosy
w trakcie przedrzeźniania mew
olbrzyma
szczudeł tupot
jedno jest pewne
fiołkowy
piła olbrzyma weryfikuje
a pan daleko?
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
proszę zamknąć oczy gitarze
wiatr wspina się na lipę
tramwajem zarosłe
najeżony
bez końca panna włosie
w milczenie zawinięte
jakoś idzie dorsz w torbie
wwiercony
jamnik tenorem urzędu
konduktor
drapieżny zemdlał tygrys
na połamanym krześle
but cebulowy nerwicy
płatki bez odpowiedzi
płonie
oczodołami
snu muszlo nasza
ja do rzeźni jadę
chodziłam po tamtym świecie
drabina podmokły
piach rozkwita
głaz bezgłowego pilota szkoli
jakie to piękne!
w niemowlę zapatrzona
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
w przebłysku samotności
samica pomidorowej
jest taki pociąg dlaczego
nurek składany nikomu
niechcąco
pokryte meszkiem bękarta
czyha
kropla od mroku
rycerz na koninie
szorstki
człowiek nie do oderwania od smyczy
pięć milionów sześćset tysięcy lat temu
karaluch ciepły jabłkowy
nasz adres:
cyrklem zainfekowana
śpi jak na drożdżach
ciemniejący w światło
w klatce
kosmos ma miejsce w lupie
otruta
pełznie
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
w części wetknięta
szklany
w bezzwiewnych intencjach
jakie pytanie taka krew
motyl w postaci cielska
czas spierdala przez odludzie w tłumie
pozłacane świnie
klacz
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
samiec karuzeli
david attenborough poświadcza
zręcznie tonie
albo postać odwrócona
albo postać porzucona
torpedą
na pustą arenę w kordobie wpada byk
niepodłączony
dążąc do doskonałości
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
o niej chmarzy ziemia
przegryziony
wilgotna
ręka sunie po udzie
sprężyna
na skale posadzona
karaluch
popękane ważki
w nikąd dorosły
albo postać nieprzewidziana
gigantyczny
wiosłują
dzwonnica bez kałuży
w kolorze ukrytym
o ośmiu wargach
modlitwą nażarte
zamazana
w studni
mruga pogrzebacz
leżał owad w locie
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
albo postać nieważna
dłuto autobusu flanela
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
twarzą ostemplowany
chichoczą konwalie
ociężałe maliny
nawóz bez wzajemności