wtędy

nurek składany nikomu
albo postać porzucona
płatki bez odpowiedzi
w słodycz upadła
bagnista ujada rzęsa
śpi jak na drożdżach
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
w drodze do po nic
twarzowa rozpacz
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
srebrnokulawy
pokrzywie dłoń wyrasta
krawiec w postaci ulewy
gigantyczny
czyha
wwiercony
z ręką na sercu
księżyc zgasło
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
jest taki pociąg dlaczego
płonie
gryzie własny ogon
obdarty
grad
motyl w postaci cielska
w futrze
w nikąd dorosły
wilgotna
chodziłam po tamtym świecie
w lanckoronie
olbrzyma
w przebłysku samotności
nawóz bez wzajemności
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
matka powiesiła się siostra rzuciła do rzeki
mruga pogrzebacz
albo postać rozlana
modlitwą nażarte
igła w oko puka
bóg nie do oderwania od wszy
w przybliżeniu nieistniejące
śniegiem przybita
w bezzwiewnych intencjach
popękane ważki
albrecht dürer płynie na zelandię
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
jakie to piękne!
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
przegryziony
jakie pytanie taka krew
albo postać odwrócona
w trakcie przedrzeźniania mew
but cebulowy nerwicy
niekiedy
i bez kropki
stąd że nie ma żadnego stąd
dzwonnica bez kałuży
dialekt dzierżawi rolnika
kropla od mroku
w kolorze ukrytym
człowiek nie do oderwania od smyczy
czas spierdala przez odludzie w tłumie
5 piąstek raju
cyrklem zainfekowana
rekin lat temu
dźwig do suszenia sutann
pozłacane świnie
leżał owad w locie
ociężałe maliny
za pomocą gdyby
pięć milionów sześćset tysięcy lat temu
na skale posadzona
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
krzyk zarasta bulwary
dążąc do doskonałości
w postaci rosy
śnieg wymiotuje
idź za nim
chichoczą konwalie
albo postać już niepotrzebna
konduktor
snu muszlo nasza
cudownie wąski
w locie
klacz
jamnik tenorem urzędu
twarzą ostemplowany
nasz adres:
na połamanym krześle
w nadzieję rozsypane
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
sprężyna
huśtawka
pokryte meszkiem bękarta
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
karaluch ciepły jabłkowy
sową
albo postać nieważna
niechcąco
ukryty w przymrozku
oczodołami
wiatr wspina się na lipę
piła olbrzyma weryfikuje
o niej chmarzy ziemia
w milczenie zawinięte
z mleczka wypływającego z główki maku
jeż czyha w zakonie
włóczka podwórek
w części wetknięta
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
każda rzecz jest żadna
w studni
drabina podmokły
albo postać podarta
idiota wyje pomidory
samica pomidorowej
tramwajem zarosłe
piach rozkwita
david attenborough poświadcza
o ośmiu wargach
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
gęsta
wylękniona radość
burzy się jagnię zapina szelki
porcelanowa trwoga
zręcznie tonie
wielkości za późno
w trakcie nienastępowania
ukłony
dlatego że nie ma żadnego dlatego
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
torpedą
albo postać nieprzewidziana
proszę zamknąć oczy gitarze
biegnie
karaluch
kobra nacina przyjęcie
nadinspektor franz kafka kręci głową
piegiem pochwalony
pełznie
człowiek służy też do podlewania ziemi
w niemowlę zapatrzona
drzewo bez kapelusza
kula przeszyła mu czaszkę
szorstki
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
niepodłączony
słowa wdychają się przez inne
w krzywdzie zbyt kusej
kosmos ma miejsce w lupie
kakao
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
jakoś idzie dorsz w torbie
szczudeł tupot
samiec karuzeli
na pustą arenę w kordobie wpada byk
a także
ciemniejący w światło
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
przemieszcza się kura olbrzyma
fiołkowy
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
drapieżny zemdlał tygrys
dłuto autobusu flanela
rycerz na koninie
siekierą
otruta
w porządku własnym
albo postać na niebie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w obcisłej spódnicy
dziurawy fortepian widzi
wielkości niezapisanej myśli
w miniówie
wiosłują
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
rozbryzgując kałuże
a pan daleko?
albo postać do góry nogami
mgłą
mielony
ręka sunie po udzie
fryzura bez kierowcy
zamazana
szpak w puszce wieczór nietknięty
ja do rzeźni jadę
żyrafy
szklany
jabłonki wychodzą z nor
deszcz korbką malowany
kropla przerywa węgorza
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
wandale podlewają kwiatki
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
prześcieradło się po nim lepi
w klatce
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
bez końca panna włosie
najeżony
i inne niepodobne
głaz bezgłowego pilota szkoli
chuj odziedziczył naród
kwiaty plują
jedno jest pewne

płonie
w klatce
albo postać na niebie
albrecht dürer płynie na zelandię
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
na połamanym krześle
w krzywdzie zbyt kusej
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
niechcąco
oczodołami
snu muszlo nasza
wiatr wspina się na lipę
wielkości niezapisanej myśli
motyl w postaci cielska
w miniówie
chuj odziedziczył naród
wiosłują
piach rozkwita
szczudeł tupot
głaz bezgłowego pilota szkoli
torpedą
w niemowlę zapatrzona
fryzura bez kierowcy
tramwajem zarosłe
kropla przerywa węgorza
idź za nim
z mleczka wypływającego z główki maku
w studni
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
szklany
chichoczą konwalie
jedno jest pewne
wilgotna
płatki bez odpowiedzi
wielkości za późno
albo postać porzucona
i inne niepodobne
a także
konduktor
jakoś idzie dorsz w torbie
wandale podlewają kwiatki
grad
za pomocą gdyby
dziurawy fortepian widzi
rozbryzgując kałuże
ociężałe maliny
mruga pogrzebacz
wwiercony
śnieg wymiotuje
człowiek służy też do podlewania ziemi
na skale posadzona
idiota wyje pomidory
albo postać do góry nogami
ludwik wittgenstein reflektorem goplany omiata toń wisły
piła olbrzyma weryfikuje
o ośmiu wargach
srebrnokulawy
5 świętych – 2 wodorosty ≈ 3 zakręty
krawiec w postaci ulewy
śniegiem przybita
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
jakie pytanie taka krew
a pan daleko?
pięć milionów sześćset tysięcy lat temu
w przybliżeniu nieistniejące
leżał owad w locie
zręcznie tonie
samiec karuzeli
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
o niej chmarzy ziemia
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
nadinspektor franz kafka kręci głową
pełznie
albo postać już niepotrzebna
w przebłysku samotności
nasz adres:
prześcieradło się po nim lepi
bez końca panna włosie
david attenborough poświadcza
cyrklem zainfekowana
gigantyczny
dłuto autobusu flanela
ukłony
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
pozłacane świnie
dążąc do doskonałości
pokrzywie dłoń wyrasta
niekiedy
popękane ważki
nurek składany nikomu
węzły są czymś powszechnym i zawiązują się spontanicznie
gryzie własny ogon
but cebulowy nerwicy
albo postać odwrócona
drabina podmokły
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
kosmos ma miejsce w lupie
zamazana
wylękniona radość
w trakcie nienastępowania
włóczka podwórek
w lanckoronie
ręka sunie po udzie
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
jeż czyha w zakonie
matka powiesiła się siostra rzuciła do rzeki
kropla od mroku
w kolorze ukrytym
porcelanowa trwoga
olbrzyma
kwiaty plują
jakie to piękne!
drzewo bez kapelusza
w wilczurze wnikliwa płonie sprężyna
igła w oko puka
w locie
dlatego że nie ma żadnego dlatego
rekin lat temu
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
przegryziony
burzy się jagnię zapina szelki
niepodłączony
cudownie wąski
kartonowa pomarańcz na przedmieściach wanien
kula przeszyła mu czaszkę
w obcisłej spódnicy
sprężyna
w postaci rosy
ja do rzeźni jadę
piegiem pochwalony
mgłą
klacz
dzwonnica bez kałuży
albo postać rozlana
śpi jak na drożdżach
ciemniejący w światło
proszę zamknąć oczy gitarze
każda rzecz jest żadna
karaluch ciepły jabłkowy
albo postać podarta
geoffroy thérage rozpala stos w rouen
dialekt dzierżawi rolnika
w porządku własnym
czas spierdala przez odludzie w tłumie
na pustą arenę w kordobie wpada byk
czyha
ukryty w przymrozku
twarzowa rozpacz
szorstki
modlitwą nażarte
żyrafy
z ręką na sercu
bóg nie do oderwania od wszy
jabłonki wychodzą z nor
księżyc zgasło
przemieszcza się kura olbrzyma
samica pomidorowej
stąd że nie ma żadnego stąd
czynsz makulatury obraduje metr bezgłowego
huśtawka
kakao
otruta
pokryte meszkiem bękarta
w słodycz upadła
krzyk zarasta bulwary
w bezzwiewnych intencjach
sową
człowiek nie do oderwania od smyczy
i bez kropki
bagnista ujada rzęsa
albo postać nieprzewidziana
słowa wdychają się przez inne
karaluch
siekierą
5 piąstek raju
późnym wieczorem ks. józef tischner odwozi młodą reporterkę do jej oddalonego o 30 km domu
albo postać nieważna
biegnie
w futrze
w nikąd dorosły
rycerz na koninie
drapieżny zemdlał tygrys
deszcz korbką malowany
najeżony
w milczenie zawinięte
obdarty
jest taki pociąg dlaczego
szpak w puszce wieczór nietknięty
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
marszałek zaśnieżonych w gumowej kiełbasie
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
w trakcie przedrzeźniania mew
jamnik tenorem urzędu
twarzą ostemplowany
mielony
chodziłam po tamtym świecie
gęsta
dźwig do suszenia sutann
w części wetknięta
kobra nacina przyjęcie
w drodze do po nic
fiołkowy
w nadzieję rozsypane
nawóz bez wzajemności